W długi weekend – który jak to już bywa w Kazimierzu, okazał się świetnym wyjazdem z milionem przygód – doświadczyłem momentu magicznego. Dokładnie w sobotę obudziło mnie palące pragnienie, ból w skroniach i co gorsze skurcz w lewej nodze ale to nie było wszystko ponieważ za oknem lało. Szczęście w nieszczęściu cały imprezowy dom czuł się podobnie, wszyscy pod nosem psioczyli na pogodę i mięli marsowe miny. Trochę od niechcenia przyszła mi do głowy myśl, że właśnie to nastawienie może nas połączyć. Postanowiłem przeciwdziałać zgubnym skutkom dnia wczorajszego. Zmobilizowałem wszystkich. Siedliśmy w salonie i zaczęliśmy debatować jak nie popaść w depresję, odzyskać werwę i wykorzystać ostatni wieczór weekendu.

Niestety remedium na nasz stan nie spłynęło z nieba, wracanie do wydarzeń wczorajszego wieczoru wywoływało męczącą pustkę w pamięci, a chłopaki zauważyli, że picie piwa wprowadza ich w euforyczny nastrój. Pomyślałem, skoro działa czemu nie ale czegoś w tym wszystkim brakowało. Rozglądając się po pokoju zauważyłem, że pod telewizorem stoi kilkunastoletnie wideo i szafka pełna VHSów. Śmiejąc się w duszy zacząłem przeglądać tytuły znajdując coraz to większe klasyki lat dziewięćdziesiątych. Dokonałem wyboru… “Robin Hood, Książę złodziei” Reynoldsa z 1991 roku, z Costnerem i Freemanem w rolach głównych, klasyk jakich mało:)

Ku uciesze wszystkich odpaliłem film, na ekranie pojawiło się mrowie pasków szalejących od lewej do prawej, zjechany dźwięk tematu czołówki Warner Brothers a w końcu początek filmu – bohaterowie w zapyziałych lochach czekający na ucięcie ręki. W tym momencie oczy wszystkich otworzyły się do granic swoich możliwości, na twarzach pojawiły się uśmiechy, a w umysłach wrażenie jakby w jednym momencie poczuć wszystkie części Indiany Jonesa, wszystkie odcinki smerfów, smak gum turbo i lizaków grających oraz innych kultowych przedmiotów lat dziewięćdziesiątych.

Smaku całemu – jakże świetnemu – filmowi dodały obawy Basi, że nie happy endu. Basia spanikowała do tego stopnia, że w połowie sugerowała wyłączenie filmu i dopowiedzenie sobie końca. Zaczęliśmy się martwić że faktycznie Robin z Sherwood zginie. Pomimo wszystko postanowiliśmy obejrzeć film do końca. Jakaż była nasza radość gdy okazało się, że ulegliśmy zbiorowemu urojeniu.  Costner pomieszał nam się z Gibsonem, Anglia ze Szkocją a Robin Hood z… Braveheartem.

IMG_7681 [800x600]

Podobnie jak film cały wieczór zakończył się wielkim happy endem. To był po prostu magiczny moment:)

Napisz komentarz

*
*