Ostatnio u Karoliny postanowiliśmy zobaczyć film, wybór pozostawiłem jej, tym bardziej że upierała się przy filmie z Johnnym Deppem, okej pomyślałem. Mina mi trochę zrzedła kiedy okazało się że to musical ale w końcu to tylko film więc niech będzie, pomyślałem. Od razu muszę napisać, że nie przepadam za musicalami, jedyny, który mi się podobał to Cottonclub Coppoli a poza nim do żadnego nie mogłem się przekonać.
Film się zaczął, pojawia się Johnny Depp i śpiewa sobie “this is London, this is London”, żeby zaraz zacząć kolejną zwrotkę w duecie z chłopakiem, który akurat wszedł w kadr, Smuty Smuty smuty myślę ale czuję, że coś w tym filmie tkwi. Mrok jakiś z XIX wiecznego Londynu do pokoju zaczął się wdzierać, efekty specjalne ukazujące miasto jak Gotham city z Batmana oczy do ekranu przykuły, a muzyka jak ulał pasująca zawładnęła naszą wyobraźnią. Słowo Cymes w mej głowie świtać zaczęło na określenie filmu tego.
Fabuła rozwinęła się tak, że nie powstydziłby się jej Tarantino (swoją drogą film opowiada o zemście), niektóre sceny swobodnie pasowałby masakr z Killbilla! Przy tym wszystkim obsada – Depp, Carter, mistrzowski Rickman a nawet Borat:) + zdjęcia Wolskiego no i reżyseria Tima Burtona. Fajny musical, godny polecenia!
Trailer taki sobie ale wrzucam: