Strony
Chmura kategorii
-
Najpopularniejsze wpisy
-
Blog Stats
- 5,437 hits
Archiwa
listopad 2009 P W Ś C P S N « paź 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30
Niedawno Latający Cyrk Monthy Pythona obchodził 40 urodziny! Skłoniło mnie to do refleksji na temat wpływu Latającego Cyrku na kształt mojego poczucia humoru oraz przypomniało pewne wydarzenie. Monthy Python jest po prostu wielki i to nie ulega najmniejszym wątpliwościom pomimo faktu iż ostatnio cicho o brytyjskich komikach. Absencja wynika z jednej strony z tego, że nie są już aktywni (poza swoim kanałem www.youtube.com/MonthyPython) oraz z faktu, że w telewizji nie ma woli wyświetla ani ich filmów ani skeczy. W dzisiejszych czasach – obcinania funduszy kanałom tematycznym jak TVP Kultura, oraz wyświetlania wyświechtanych gniotów – to nie powinno dziwić ale jednak smuci. Co by zaszkodziło gdyby nagle znikąd pojawiła się Hiszpańska Inkwizycja…
Przykładów świetnych skeczy jest wiele, każdy z nas je kojarzy, nie mówiąc o pełnym metrażu. Chłopaki z Monty Pythona odwalili kawał dobrej roboty, nie tylko tworząc swój styl ale i ucząc świat nowego, jakże genialnego, poczucia humoru. Od fenomenalnych animacji w technice kolażu poprzez ciągłe kiełznanie absurdu po inteligentne wyśmiewanie się z religii.
Pamiętam jak dziś – a było to ponad 10 lat temu – grupowe oglądanie “Żywotu Briana” u mnie w domu. To było coś niesamowitego i niezapomnianego, gdy wszyscy spadali z krzeseł oglądając ten film. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie konkretnych komentarzy ale pamiętam, że w pewnym momencie zaczęliśmy mierzyć sobie ciśnienie i puls. Wyglądało to tak, że każdy następny poddany badaniu miał co raz to wyższy wynik. Gdy doszliśmy do skrajnego punktu – miałem ok. 180 na 130 przy pulsie 150 wszyscy poprzewracali się na ziemie poza Pawłem Zarębskim, który założył urządzenie i ze stoicką miną osiągnął wynik ponad 300 po czym wyświetlił się napis “total err”… Wtedy do szczęścia nie było potrzeba nic więcej:)
Ostatnimi czasy blog został zapomniany, zaniedbany i odsunięty na drugi plan do tego stopnia, że jakąkolwiek potrzebę dokonania wpisu dławiłem w zalążku. To wszystko przez jakże intensywny odpoczynek po egzaminie, nakładające się projekty filmowe (niebawem efekty) powiązane z ciągłymi wyjazdami. Do tego nadrabianie zaległości w lekturach i filmach, o muzyce nie wspominając – Hurra KUPIŁEM i słucham z dużą przyjemnością:)
Na dobry początek wznowienia bloga przypomnę kawałek McCartney’a z lat dziewięćdziesiątych:
Jak łatwo zauważyć na blogu nie dzieje się nic. Nie jest to wynik lenistwa (które swoją drogą należy chwalić) ani braku dostępu do sieci. Prawda jest taka, że ogrom czasu zabierają przygotowania do egzaminu na aplikację - który już 19.09 – połączone ze zintensyfikowanymi działaniami mającymi na celu rozwój Stowarzyszenia oraz zaległe montowania filmów z warsztatów.
O egzaminie i przygotowaniach nie ma co pisać. O filmie też pisać nie warto, lepiej go po prostu obejrzeć (prawdopodobnie dopiero po 19.09) ale ciekawa jest kwestia Stowarzyszenia Marketing dla NGO – www.m4ngo.pl , które założyłem ze znajomymi. Po biurokratycznej przeprawie z sądem, w końcu uzyskaliśmy osobowość prawną i zaczęliśmy działać. Strona i logo jeszcze nie dopieszczone ale wymiana myśli i nawiązywanie kontaktów jak najbardziej. Po każdej burzy mózgów notatniki zapisane pomysłami w liczbie przewyższającej możliwości przerobowe, spotkania, mejle, no i wyłaniająca się wizja robienia świetnych rzeczy.
A po egzaminie zasłużone wakacje:)


Kazimierski festiwal filmowy “Dwa brzegi” jak wszystko co dobre szybko dobiegł końca. Poza niemożliwą do “zaliczenia” ilością seansów, często składających się z kilku filmów, można było wybierać w wydarzeniach artystycznych od spotkań z twórcami poprzez wystawy po koncerty i występy po obu stronach Wisły. Niemniej jednak jak przystało na festiwal filmowy to filmy stanowiły główny punkt programu.
Uzbrojeni w karnety, wygospodarowany czas i chęci wybraliśmy z Karoliną serię filmów, które postanowiliśmy obejrzeć. Nie ma co się rozpisywać nad wszystkimi, chcę jednak opisać trzy z nich, które wszystkim polecam:
1. “Królik po berlińsku” reż. Bartek Konopka – z jednej strony dokument o królikach – lektorem jest Krystyna Czubówna – zamieszkujących przestrzeń między dwoma murami dzielącymi Berlin na wschodni i zachodni. Swego czasu jedna z najbardziej strzeżonych granic świata, przestrzeń, w której każdy królik jest równy, ma taką samą norkę, jest tak samo pilnowany i tak jak innym nie wolno mu wyjść z rezerwatu. Każdy królik ma również taki sam dostęp do trawy, która niestety z upływem lat traci na jakości. Druga strona medalu sama nasuwa się na myśl…
2. “Mary and Max” reż. Adam Elliot - historia przyjaźni dwojga ludzi, z dwóch końców świata, którzy przez przypadek nawiązują korespondencyjną znajomość odmieniającą ich życia. Może z opisu historia wydaje się banalna ale jest to bardzo dobrze zrobiona animacja, co chwila zaskakująca widza świetnym poczuciem humoru i zwrotami akcji.
3. “Inwentorium śladów” reż. bracia Quai – z jednej strony animacja, z drugiej trudna do określenia forma filmowa ale czego można się spodziewać po braciach Quai:) Wydawałoby się luźne połączenie ujęć zamku w Łańcucie, zsynchronizowane z muzyką Krzysztofa Pendereckiego, jako swoisty hołd dla Jana Potockiego, twórcy “Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Jednak siła tego filmu jest wielka, wydobywa z zamku coś o co dawno zostało wypolerowane przez muzealne ciapy przemierzające kilometry korytarzy. Film zaczyna się w sposób neutralny, żeby w pewnym momencie wręcz nastraszyć widza…
Żołnierz Powstania, który później zostanie księdzem, szykuje się do kapitulacji
Poszedłem na ulicę Piękną pożegnać się z matką, siostrą i bratem do mieszkania mego przyjaciela Władka i pani Bronisławy. Przebywała tam także nadal Marysia ze swymi dziewczętami. Smutne było to pożegnanie, naznaczone pytaniem, co dalej? i kiedy się znowu spotkamy? Wracałem pogrążony w niewesołych myślach. Niedaleko Domu Kolejowego widzę, jak jeden z moich kolegów dźwiga wielki, czerwony mszał rzymski, który znalazł gdzieś w gruzach. “To dla ciebie, Andrzej, specjalnie niosę. Jesteś pobożny, to ci się przyda w niewoli” – oczywiście żartował.
“Dziękuję” – powiedziałem z poważną miną i zabrałem mszał na placówkę. Kiedy go otworzyłem – tak na chybił trafił – moje oczy padły na werset: “A oto ja posyłam mojego Anioła przed tobą, który cię zaprowadzi na miejsce z dawna przygotowane i nie opuści w drodze”… Zamknąłem mszał. Niczego już więcej nie byłem ciekawy, powiedziałem tylko Panu Bogu: “dziękuję”. Rzeczywiście “wszystko było przygotowane”… Dom Jurka Ochrymowicza ocalał od bomb i ognia, więc dobrze zaopatrzyliśmy się w nim na drogę fo niewoli. Jurek w czasie Powstania mówił mi nieraz “Jaki ty jesteś szczęśliwy, że twój dom się spalił. Ja ciągle denerwuje się, wylatuje, żeby zobaczyć czy jeszcze stoi”. Teraz bardzo się przydało, że przetrwał.
Nadszedł czas opuszczenia Warszawy. Sporo broni ukryliśmy (a nuż się jeszcze kiedyś przyda?) Resztę, odpowiednio uszkodzoną, żeby wróg nie miał z niej pożytku, rzucaliśmy pod nogi Niemcom na placu Kercelego. Rzuciłem i ja z żalem mój pistolet, zatrzymałem bagnet. Jeden z żołnierzy chciał mi go odebrać, ale powiedziałem, że to kapitulacja honorowa i oficerowie mają prawo zachowani “białej” broni. Machnął ręką. Ktoś inny maszerował z szablą, co raczej śmiesznie wyglądało, też mu jej nie odebrali (na razie).
Wychodziliśmy z Warszawy już bez broni, ale z podniesionym czołem, wojskowym krokiem, czwórkami. Mijaliśmy grupę oficerów niemieckich.
Przyglądali się z zainteresowaniem temu powstańczemu wojsku, z którym przez sześćdziesiąt trzy dni nie mogli sobie dać rady, które zniszczyło masę czołgów i zadało wielkie straty, a teraz tak równo i dumnie maszerującemu, jakby to oni byli zwycięzcami.
Usłyszałem, jak jeden z nich powiedział głośno do swoich: “Stolze Polen” (“Dumni Polacy”)
Nie wyglądaliśmy na pokonanych i nie czuliśmy się pokonani. Tkwiła w nas świadomość, że dokonaliśmy czegoś wielkiego, nawet jeśli zakończyło się to klęską. Była też nadzieja, że nie odchodzimy na zawsze, ale wrócimy. Przecież Niemcy w końcu muszą paść…
Nie przewidywałem wtedy, że zobaczę Warszawę dopiero po czternastu latach i to znów nie w pełni wolną…
Nie tylko wojsko powstańcze, ale i ludność cywilna wychodziła z Warszawy zdyscyplinowana, z poczuciem osobistej godności i dumy narodowej. Z bronią czy bez, na jakimkolwiek odcinku działania, cała Warszawa stanowiła jedną Armię Powstańczą!
Zostawialiśmy za sobą nie tylko ruiny kochanego miasta, ale dwieście tysięcy grobów. Tragiczna ofiara, ale przecież “nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś daje życie swoje za braci swoich”. Wierzę, że tym poległym Bóg powiedział: “Dobrze zasłużyliście się, wejdźcie do chwały i radości mego Królestwa!”… Nas zaś czekało dalsze nieraz bardzo trudne życie…”*
*Andrzej Janicki “Na rozkaz. Wspomnienia 1937 – 1947″, Henley-on-Thames, Oxon 1995, s. 115 – 116; via: “Powstanie 44″ Norman Davies.
Penderecki, Bagiński, Minkowicz… nic dodać, nic ująć. Muzyka nie jest mi obca ale niestety nie miałem okazji zobaczyć całości przedsięwzięcia w telewizji ani tym bardziej na żywo ale całe szczęście trafiłem na pogram w TVP Kultura, przez co znalazłem zamieszczony powyżej film. “Siedem Bram Jerozolimy” Pendereckiego powstało na zamówienie miasta Jerozolimy z okazji jubileuszy 3000 lat, w 1997 roku. Jak najbardziej spełnia swoją rolę jako monumentalne oratorium oparte na tekstach Starego Testamentu, dokładnie Księdze Daniela. Słuchając tej muzyki przychodzą na myśl skojarzenia apokaliptyczne i chyba o to właśnie chodzi:) Dodanie do tego animacji komputerowych Bagińskiego oraz występu kieleckiego teatru tańca stworzono rzecz niezwykłą.
Przy okazji jest to kolejny przykład na to, że istnieje nurt w sztuce, który przejawia się w syntezie różnych jej dziedzin i co najlepsze dobrze na tym wychodzi. Wspominałem o tym jakiś czas temu we wpisie o animowanym Dalim i Boschu (http://borowiec.wordpress.com/2008/12/06/bosch-i-dali-xxi-wieku/). Podobno sam Penderecki po obejrzeniu animacji dopasowanych do muzyki zażartował, że według niego nie przeszkadzają w słuchaniu…
Od śmierci profesora Leszka Kołakowskiego jego biografia, dokonania, słowem cała postać są obszernie komentowane w mediach. To bardzo dobrze, szczególnie ze względu na ludzi młodych nieznających tematu bądź tych którzy wiedzą kim był ale jego myśl i rozważania nie pokrywają się z ich ambicjami poznawczymi. W moim przypadku wyglądało to tak, że miałem szczęście zostać “zarażonym” Kołakowskim w latach 90 przez profesor Jadwigę Mizińską. Wówczas całkiem jeszcze nieświadomy, w pięknych okolicznościach przyrody, poruszałem z nią kwestie nad wyraz przewyższające moje możliwości aczkolwiek wzbudzające ciekawość i chęć pogłębienia tematu. Później dostałem w prezencie “Mini-wykłady o maksi-sprawach” i tak się zaczęło. W blogu nie ma co się rozpisywać, mogę jedynie zaciekawionych odesłać na strony tvn 24, gdzie znajdują się wywiady z cyklu “Rozmowy z mistrzem” http://www.tvn24.pl/24467,1610571,0,1,michnik-z-profesorem-o-chwilach-pieknych-i-brzydkich-xx-w,wiadomosc.html zachęcić do czytania Kołakowskiego oraz na zakończenie umieścić pewną kwintesencję myśli mistrza, w postaci Hendekalogu inteligenta:
I
Oto więc pierwsze przykazanie z hendekalogu inteligenta: ćwicz się w myśleniu o sprawach życia zbiorowego i własną pracę traktuj jako przyczynek do tego życia, stosownie do twoich mniemań o tym, jak ów świat mógłby być naprawiony lub usprawniony.
II
Drugie przykazanie: jeśli uważasz, że należysz do prawicy albo do lewicy, bądź zawsze gotów, gdy cię zagadną, wyjaśnić przejrzyście, co to znaczy.
III
Trzecie przykazanie: jeśli sądzisz, że podział na lewicę i prawicę utracił sens w naszych czasach, bądź też zawsze gotów to swoje mniemanie wyjaśnić.
IV
Czwarte przykazanie: jeśli już musisz publicznie kłamać, zawsze pamiętaj o tym, które z twoich kłamstw łatwo jest wykryć.
V
Piąte przykazanie: nie kompromituj się, przypisując innym ludziom opinie jakieś, gdy nie możesz ich poprzeć cytatami ich autorstwa.
VI
Szóste przykazanie: jeśli sądzisz, że wszyscy ludzie poza tobą są łajdakami, to jednak tego publicznie nie mów, bo to ci dobrze nie zrobi.
VII
Siódme przykazanie: jak najwięcej książek czytaj
swoim małym dzieciom.
VIII
Ósme przykazanie: kochaj różne myśli, których się
nauczyłeś od pisarzy czy filozofów.
IX
Dziewiąte przykazanie: czytaj poetów, słuchaj klasycznej muzyki.
X
Dziesiąte przykazanie: zawsze pamiętaj, czym się ośmieszasz.
XI
Jedenaste przykazanie: możesz być katolikiem albo buddystą, albo wyznawcą innej jeszcze wiary, możesz też być, jak to się powiada, niewierzący i nie tracisz przez żadną z tych wiar swojej przynależności do świata inteligencji. Nie możesz jednak twierdzić, że twoja wiara lub niewiara jest równie dobrze ugruntowana jak twierdzenia z nauk chemicznych czy geologicznych.
••
Wszystkich tych przykazań przestrzegać masz, jeśli chcesz należeć do inteligencji. Ale, oczywiście, wcale nie musisz chcieć być inteligentem.
no comment